Czyżbym się mylił?

ePub czas dodania: 2013:10:21 15:24 komentarzy 0
Gdzieś około roku 2005 czy 2006, kiedy dopiero rozpatrywaliśmy konieczność zakupu własnej ziemi (w perspektywie spodziewanego, rychłego "zakonienia" tekińcami, po które miałem dopiero pojechać...) powiedziałem naszemu przyjacielowi, Sebastianowi Karaśkiewiczowi, że na tym interesie nie mogę stracić.

 

No bo jakżeż miałbym stracić, skoro ludzi coraz więcej, techniki coraz więcej, życie coraz sztuczniejsze i bardziej zindustrializowane - w tej sytuacji wszystko co naturalne, swojskie, wiejskie, żywe - jako że staje się coraz rzadsze, powinno się stawać coraz droższe. Prawo popytu i podaży. Rozumowanie elementarne - czyż nie..?
 
Minęło parę lat. Właśnie wróciłem z wycieczki do Radomia. Odbywanej bocznymi drogami. Bo i tak pogazować krajową "siódemką", przez wzgląd na stan opon naszej Wendi nie jestem w stanie. A bocznymi drogami bliżej (tylko wolniej się jedzie).
 
I co? I wygląda na to, że wówczas, te 7 czy 8 lat temu, naiwność przeze mnie przemawiała! Że myliłem się wprost fundamentalnie!
 
Co widać z okna samochodu, kiedy się jedzie bocznymi drogami z Boskiej Woli do Radomia i z powrotem..?
 
Pustki widać. Nieużytki. Ziemie opuszczone. Opustoszałe wioski. Zruinowane ogrodzenia nieużywanych, zarastających chwastami pastwisk. Gdzieniegdzie, ale to tylko albo nad Radomką, albo bliżej Radomia - nowe domy. O dziwo mimo, że pustej ziemi wokół ile kto chce - ściśnięte jeden blisko drugiego na miniaturowych działeczkach tak małych, że nawet kozy nie dałoby się utrzymać. Domy owszem - piękne, dostatnie, nawet nie żadne "gargamele", które tak często straszyły w podmiejskich okolicach jeszcze 20 lat temu. Cóż z tego postępu estetycznego jednak, skoro prawie jak w mieście, sąsiad sąsiadowi w okno zagląda..?
 
 
 
 
Minęło 7 czy 8 lat odkąd wypowiedziałem moje nierozważne słowa. Przez ten czas Polacy w widoczny sposób się wzbogacili. Widać to po domach i samochodach! Nie piszcie że nie, bo widać..! Owszem, może to i na kredyt, pewnie że nie każdego ten dobrobyt w takim samym stopniu dotyka - ale że dobrobyt jest, temu zaprzeczyć niepodobna, jeśli się tylko człowiek przez okno samochodu rozgląda...
 
I co - czy wzrósł popyt na ziemię, na czystą, nieskażoną naturę, na produkty naturalne, na konie wreszcie (które są, było nie było, dobrem luksusowym i "naturalnym" zarazem, więc - logicznie rzecz biorąc - winny iść w cenę..?)?
 
Gdy kupiliśmy w Boskiej Woli ponad 15 ha a zwłaszcza, gdy się tu osiedliliśmy, karczując tę ziemię i czyniąc z niej pastwiska - spowodowało to na krótki czas lokalny boom na rynku nieruchomości. W rok po naszym osiedleniu się, Agencja Nieruchomości Rolnych Skarbu Państwa sprzedawała parę okrawków gruntów w okolicy - i pierwszy raz w dziejach Boskiej Woli nawet doszło do licytacji!
 
Ale minął jakiś czas - i w tej chwili ceny w okolicy wróciły do punktu wyjścia z roku 2007: hektar ziemi można tu kupić za 8 do 15 tysięcy złotych. Oczywiście, jest cała masa wystawionych na sprzedaż nieruchomości, za które ich właściciele życzą sobie dużo więcej - ale te leżą i nie ma chętnych, aby je kupić. W ciągu ostatnich paru lat w pobliżu, oprócz pewnej liczby domków letniskowych, powstały dwie większe inwestycje: ferma norek i piekarnia (zresztą, pracująca głównie na potrzeby "Pierdonki"...). To wszystko. Żeby jakiś większy popyt na ziemię był - nie widzę. Na nasze ogłoszenie w sprawie ewentualnej sprzedaży części ziemi, przez te wszystkie lata nie odpowiedział NIKT.
 
Być może to wyłącznie kwestia mojego sprzedażowego antytalentu? Tak czy inaczej jednak - wygląda na to, że się myliłem. Albo bowiem popyt na zdrową, nieskażoną naturę NIE ROŚNIE (a wręcz: maleje..!), albo też - ja takowych produktów w żaden sposób sprzedać nie potrafię, niezależnie od tego, jak dobrej są jakości... A przecież, gdybym miał rację, gdyby ludziom coraz bardziej zależało na tym, co nietechniczne - to czy mam talent do sprzedaży, czy go nie mam - i tak bym to, co oferuję (niezależnie od tego, czy był tonaturalny tytońfajne źrebięta, czy ziemia...) w końcu sprzedał...
 
Wydaje się jednak, że jest raczej tak: przyzwyczajenie to PIERWSZA natura człowieka. Ludzie przyzwyczajeni do miejskiego ścisku nawet budując się na wsi - robią co mogą, żeby ze wszystkich stron mieć jakichś sąsiadów płot w płot. Ludzie, którzy przez całe życie kopcili "sklepowe" papierosy - prędzej rzucą palenie, lub przejdą na "e-papieros", niż zgodzą się wziąć do ust coś, w czym nie ma nic poza wysuszonym i sfermentowanym tytoniem. Ludzie, którzy całe życie jedli wyłącznie sztuczną żywność - barwioną, "ulepszaną", "konserwowaną" - nie spojrzą nawet na nieefektowne, szare, zmienne w smaku produkty "tradycyjne" (Wojtek kiedyś o tym u siebie pisał, ale jakoś nie znalazłem tego wpisu...).
 
No i, oczywiście - nie ma najmniejszego sensu oferować komukolwiek tak rzadkich koni jak achałtekińce. Coś, co jest tak rzadkie - nie ma szans być modne. Bo jest zbyt rzadko spotykane. A jest zbyt rzadko spotykane, bo nie jest modne. I koło się zamyka...
 
W każdym razie: kompletnie nie rozumiem jeremiad (np. Profesora Boboli...) o rzekomym "przeludnieniu". Jakie znowu "przeludnienie"..? Patrzę w okno i co widzę..? Widzę bezlistny niemal Lasek Centralny, za nim kawał naszej ziemi, na razie do niczego nie wykorzystany, potem dopiero sosnowy młodnik sąsiada. Za tym młodnikiem ciągną się głównie nieużytki, z rzadka przetykane uprawnymi polami - przez dobrych 5 czy 6 km, bo dopiero nad torami kolejowymi są pierwsze, rzadko rozrzucone, domki letniskowe... "Przeludnienia" z całą pewnością przez okno chatki nie widzę..! I przez okno samochodu w czasie dzisiejszej wycieczki - też takiego zjawiska nie widziałem...
licznik: 1820 + 0 / 0 - promuj
captcha
x

Zgłoszenie komentarza

dodaj komentarz

x
komentarzy: 0 kolejność: wg punktacji najstarsze najnowsze